100 lat Zofii Słoty

Aktualności Gorący temat Historia Wspomnienia

 

12 lipca Zofia Słota z Wójczy kończy setny rok życia. Dziś o 11-ej  przyjadą dostojnicy z urzędu, wręczą kwiaty, będą życzyli zdrowia, a Robert Gwóźdź zrobi pamiątkowe zdjęcia, które zobaczymy także na naszym portalu, choć sama jubilatka święta nie obchodzi. Urodziny są dla niej tylko datą w kalendarzu. Symbolem przemijania czasu. Czymś nieważnym. To, co istotne: zdrowie i szczęście rodzinne, dostała w darze od Boga.

Dorobek najstarszej mieszkanki gminy Pacanów jest imponujący: czworo dzieci, 9 wnuków i 12 prawnuków – rozsianych po całym kraju, nieraz dalekich, ale  zawsze pamiętających o swoich korzeniach. Wójczy. Babci. Rodzinie. Do tego prawdziwa miłość i troska opiekunów Pani Zofii – syna Kazimierza i synowej Danuty, a także rajskie otoczenie domu, gdzie mieści się szkółka roślin i krzewów ozdobnych.

Mama zawsze była ciepła i pełna humoru – wspomina Kazimierz. – Lubiła żarty, śpiewała, była towarzyska i gościnna. Do Wigilii nieraz siadaliśmy we 20 osób. Potem wszyscy szli na Pasterkę i odwiedzali krewnych w Biechowie.

Śpiewanie i tańczenie było u nich rodzinne. Ojciec Pani Zofii, po którym została piękna fotografia (widoczna na zdjęciu), miał własny zespół i grał po weselach. A kiedy nie grał, robił buty. Brat Roman prowadził kapelę, jeszcze do lat 70. Zofia, jako członek Koła Młodzieży Wiejskiej „Wici”, miała wielu kolegów i przyjaciół, którzy chcieli się bawić i podtrzymywać lokalne tradycje. Z fotografii widać, że była atrakcyjną dziewczyną, musiała więc mieć powodzenie.

Teraz Pani Zofia wypoczywa, jeżeli wstaje, to tylko na kilka godzin dziennie. Odkąd dwa lata temu złamała nogę w biodrze, ma kłopoty z chodzeniem.

Siedzimy z synem i synową w przydomowej altanie, oglądamy stare fotografie, próbujemy odtworzyć historię z opowieści, wspomnień… – O tu. Jest w gospodarstwie ogrodniczym we dworze, u bratanka Popielów, gdzie pracowała, żeby ulżyć rodzicom, bo miała dziewięcioro rodzeństwa. O tych czasach wiemy dość niewiele. Dwór stał na stu hektarach ziemi. Ludzie chodzili pracować do dziedzica, albo do mleczarni w Chrzanowie.

W Wójczy nie było sklepu. Jeździło się koniem lub chodziło pieszo, do Pacanowa albo do Stopicy, gdzie było pełno Żydów.

W 1936 roku Zofia wyszła za mąż za Franciszka, który był zawołanym cieślą i postawił wszystkie okoliczne stodoły. W tamtych czasach zbudował pierwszy dom. Pierwszy, bo podczas wojny większość okolicznych chałup zbombardowano. We wrześniu 1939 brat Roman poszedł do wojska. Na linii Wisły szedł front – po jednej stronie Ruscy, po drugiej Hitlerowcy. Do domu wprowadził się dobry Niemiec. Klął udział w wojnie, tęsknił do dzieci, dzielił się mydłem, jedzeniem, przynosił perfumy dla Zofii. Niestety, przeważali źli Niemcy.

Roman wrócił z kampanii wrześniowej prosto do lasu, ojciec był w BCh, a brat Jacek trafił do obozu pracy, zbiegł, ukrywał się, ale po wizycie Gestapo, które groziło wymordowaniem  rodziny – wrócił.

Zofia była już w ciąży, tułała się po Świniarach, Trzebicy, Pawłowie, mieszkała w piwnicach. Mąż i syn w partyzantce. – Kobiety „pod strachem” siedziały w domu, mężczyźni w lesie. Niemcy robili obławy, zaglądali do chałup. Mama nie mogła karmić, warunki higieniczne były złe, pierwsze dziecko dostało kataru jelit i umarło w 1943 roku – opowiada Kazimierz. To była siostra Julia.

16 stycznia 1945 ruszył front. Na cmentarzu stacjonowała niemiecka artyleria,  w powietrzu wisiały rosyjskie samoloty. Zbombardowano wieś. Słotowie, jak wszyscy w okolicy, dorabiali się od początku. – Tato zbudował jednoizbowy dom z drewna…

Nadeszły czasy komuny. Dwór zniszczono, dobra dziedzica rozparcelowano, a Franciszkowi, jako małorolnemu, przyznano hektar ziemi. Teraz miał już 4 ha. Mieszkańców zachęcano do pracy w PGR, wzniesiono nawet blok dla robotników rolnych. Tych, którzy nie chcieli, zmuszano do obowiązkowych dostaw żywca i zboża. – Ojciec dorabiał jako cieśla i zawsze miał pracę. Trochę też handlowało się mięsem w Krakowie.

Potem wieś wzbogaciła się na cebuli nasiennej. Na świat przyszli Tadeusz, Józef i Kazimierz. Pokończyli szkoły, poszli do internatów w Busku, Kielcach… Kazimierz został inspektorem w cukrowni, ożenił się z nauczycielką matematyki – Danutą.

Matka, w wieku 60 lat głębiej zainteresowała się wiarą i przystąpiła do Chrześcijańskiego Zboru Świadków Jehowy. I choć skończyła tylko trzyklasową szkołę w Wójczy, bardzo wiele czytała, studiowała, ciągle się uczyła. Może dlatego była w doskonałej formie?

Co lubiła jeść, gotować? – Piekła ciasto – mówi pani Danuta. – Torty na urodziny dla wnuków. Poza tym proste potrawy: rosół, kura, schab… jak to na wsi.

Danuta Słota przeżyła całą historię Polskę współczesnej: II i III Rzeczpospolitą. Mimo zawirowań losu – szczęśliwie. Życzymy zdrowia, życzymy spokoju i radości życia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *